Das Moon (fot. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta)

Gazeta.pl

2014 / 06 / 25 – wywiad

Rozmawia Piotr Guzik

„Łatwiej zwrócić na siebie uwagę w talent show niż na festiwalu”

– Takie programy nie kreują muzycznych trendów, bo są skrojone pod masowego odbiorcę. Ale i tak szybciej reagują na to, jak zmienia się nasza scena muzyczna, niż ma to miejsce w przypadku dużych festiwali – mówi Kamila „Daisy K.” Janiak, wokalistka grupy Das Moon.

Zespół był jedną z gwiazd festiwalu PandaArt na Wyspie Bolko w Opolu. Przez pół dnia na Polanie Rycerskiej zaprezentowało się tam w sumie ośmioro artystów tworzących szeroko pojmowaną muzykę alternatywną.

Das Moon ma na koncie jeden, dobrze przyjęty przez krytykę album „Electrocution”. Obecnie grupa pracuje nad drugą płytą, która ma się ukazać jesienią tego roku.

Rozmowa z wokalistką grupy Das Moon

Piotr Guzik: Słuchacze często są zaskoczeni tym, że jesteście polskim zespołem. Dlaczego?

Kamila „Daisy K.” Janiak: Wciąż żyjemy w przekonaniu, że w naszym kraju niczego nie da się zrobić dobrze, porządnie. Ciągle spoglądamy na Zachód, widząc w nim coś lepszego. I dlatego jeśli ktoś brzmi jak muzyk zachodni, to trudno uwierzyć, że stamtąd nie pochodzi.

Inna sprawa, że my tak naprawdę nie zdawaliśmy sobie na początku sprawy z tego, że robimy coś nietypowego, że w opinii słuchaczy tworzymy muzykę na zachodnim poziomie. O tym przekonaniu dowiedzieliśmy się dopiero, czytając komentarze w internecie. To miłe, bo oznacza, że droga, którą obraliśmy, jest słuszna. Choć i nazwa może wprowadzać ludzi w błąd.

No właśnie, dlaczego Das Moon?

– To był owoc burzy mózgów. Moon, czyli Księżyc, bo każdy z nas jest trochę z kosmosu. A niemieckie Das – choć w tym przypadku niepoprawne gramatycznie – od tego, że nasz pierwszy wspólny kawałek nagraliśmy w języku niemieckim.

Z Niemiec wywodzi się też grupa Kraftwerk, legenda muzyki elektronicznej, którą wskazujecie jako swoją wielką inspirację.

– Wielką, ale nie jedyną. Bo choć wykonujemy muzykę mocno opartą na elektronice, to każde z nas ma odmienne zamiłowania muzyczne. Ja na przykład lubię mocną muzykę gitarową, jak hardcore, punk czy grunge. I staram się przemycać ich elementy do naszych kompozycji.

Muzyka Das Moon jest też mocno industrialna. Przykładem sekcja rytmiczna, gdzie obok bębnów i talerzy w użyciu są metalowe beczki i kawałki blachy. To zaś bierze się stąd, że chłopcy grali kiedyś eksperymentalny industrial, z wykorzystaniem szlifierek i wiertarek. To oraz wspomniana elektronika służą nam do grania wysmakowanego, alternatywnego popu.

W Polsce muzyka elektroniczna kojarzy się jednak głównie z prymitywną łupanką.

– Nie ma się co dziwić, bo taka odmiana tej muzyki jest najbardziej popularna. Ale nie ma co się na to obrażać. Bo ktoś, kto słucha tego na co dzień, może w pewnym momencie rozpocząć poszukiwania czegoś nowego, świeżego, bardziej odmiennego. I wtedy może odkryć, że muzyka elektroniczna to coś znacznie więcej, niż się po pierwszym przesłuchaniu wydaje.

Poza koncertami i nagraniami każde z was pracuje zawodowo.

– Muzyka to dla nas hobby. Ale takie hobby wymuszone. Bo na obecnym etapie nie bylibyśmy w stanie utrzymać się wyłącznie z komponowania, sprzedaży płyt i występów. Co nie zmienia faktu, że bardzo je kochamy, inaczej byśmy tego nie robili. I dlatego, choć nie ubywa nam lat, a dwudziestkę też mamy już dawno za sobą, wciąż wierzymy też, że z czasem będziemy mogli wyżyć tylko z muzyki, a granie przestanie być hobby.

Do tego konieczna jest też promocja. Właśnie dla niej wzięliście udział w „Must Be the Music”?

– Chodziło przede wszystkim o sprawdzenie się. I uważamy, że poradziliśmy sobie całkiem nieźle, a alternatywny, mocno podszyty elektroniką pop jest w stanie się obronić. Na pewno dzięki „MBtM” więcej osób zaczęło zwracać na nas uwagę.

Czyli łatwiej osiągnąć to poprzez talent show niż udział w opolskim festiwalu?

– Dla debiutującego, budującego swoją markę artysty raczej tak. Choć nie wydaje mi się, by takie programy kreowały muzyczne trendy. Bądź co bądź to format skrojony pod masowego odbiorcę, przez co siłą rzeczy jego treść musi być w miarę przystępna i muzycy bardziej eksperymentalni i ekstremalni nie mają tam raczej czego szukać.

Co jednak nie znaczy, że nie warto próbować. Bo jeszcze kilka lat temu nasza muzyką też w takim programie nie miałaby racji bytu. I podejrzewam, że jeszcze dobrych kilka lat minie, zanim w ogóle zyskamy „prawo” wstępu na opolski festiwal.

Rozmawiał Piotr Guzik
Gazeta.pl Opole